Czy można nauczyć się tłumaczenia?

W końcu nawet autorzy projektu deregulacji zawodu tłumacza przysięgłego wydają się podzielać ten pogląd, proponując zniesienie obowiązku posiadania przez kandydata na TP wykształcenia wyższego. Ich zdaniem proces tłumaczenia nie wymaga wiedzy naukowej, więc i wykształcenie wyższe tu do niczego.

Mało kto bierze pod uwagę pracę umysłową poświęcaną przekładowi. A przecież w przypadku tłumaczenia tekstu specjalistycznego należy ciągle zwracać uwagę na terminologię, jej spójność i adekwatność, w przypadku tłumaczenia przysięgłego trzeba zachować szczególne wyczulenie na numery, nazwiska, miejsca, w końcu przekład uwierzytelniony posiada moc prawną. A do tego dochodzą odręczne, często nie do końca czytelne adnotacje, niewyraźne pieczęcie, miasta i wsie, które trzeba odnaleźć na mapie. W przypadku tłumaczenia medycznego należy jeszcze czujniej traktować wszelkie choroby i leki, nawet w przypadku tłumaczenia zwykłego trzeba mieć się na baczności, mimo że nie będzie ono miało mocy prawnej, nie znaczy to, że nic od niego nie będzie zależeć.

Tłumacz musi również mieć przynajmniej ogólne pojęcie o tym, co tłumaczy. Czy chodzi o tekst techniczny, medyczny, prawny czy naukowy, bez znajomości terminologii się nie obejdzie.

Jednak terminologia czy umiejętność skupienia i zwracania uwagi na detale zdecydowanie jest do wyuczenia, ale czy to wystarczy?

Na pewno nie, jeśli idzie o tłumaczenia literackie, publicystyczne i poetyckie. Bez języka tu oczywiście ani rusz, pewnego rodzaju drobiazgowość również, ale niezbędna jest jeszcze świadomość słowa, wyczulenie na wieloznaczność, ironię… Tak jak ktoś, kto nigdy nie przeczytał dobrego wiersza, nigdy nie napisze dobrego wiersza, tak i można rozciągnąć to stwierdzenie i rzec, że kto nigdy nie napisał wiersza, nie zrobi dobrego tłumaczenia. Trzeba również umieć wyłapywać wszelkiego rodzaju aluzje kulturowe i literackie.

Czy tego wszystkiego można się nauczyć? Być może w jakimś stopniu tak, w końcu każda filologia prowadzi specjalizację, którą zajmują wyłącznie tłumaczenia. Uczy się na nich techniki, poświęca uwagę określonym problemom tłumaczeniowym, studenci poznają leksykę,  doskonalą warsztat, dokonują przekładów. Jednak nie każdy absolwent specjalizacji tłumaczeniowej będzie pracował w zawodzie, nie każdy nawet będzie chciał, bo ktoś, kto chociaż raz w życiu przetłumaczył fragment tekstu czy piosenkę, wie, że tłumaczenie to nie jest łatwy kawałek chleba. Satysfakcjonujący, owszem, ale łatwy – nie.

o autorze

Karolina Kaszuba 


Artykuł pochodzi z serwisu:
Albercik.pl – darmowe artykuły do przedruku na strony www

Tłumaczenia przyszłości

Tłumaczenia maszynowe?

Każdy internauta przynajmniej raz zaglądnął i skorzystał z tłumaczenia maszynowego oferowanego przez najpopularniejszą na świecie wyszukiwarkę. Czy to po to, żeby faktycznie coś przetłumaczyć, czy po to, żeby zobaczyć jak Krzysztof Krawczyk staje się Beyonce (już nie, ale to były czasy). Każdy, kto próbował przetłumaczyć w taki sposób dłuższe zdania, być może miał szansę przekonać się, że jeszcze dużo wody upłynie w rzece, zanim takiemu tłumaczeniu będzie można zaufać w ciemno. Wieloznaczność czy szyk zdania, idiomy w dalszym ciągu są dla tłumaczenia maszynowego bytem nieuchwytnym i niemal nieprzetłumaczalnym. Jednak niektórzy albo o tym nie wiedzą, albo w sobie tylko wiadomy sposób ignorują tę wiedzę i bez mrugnięcia okiem tłumaczą całe zdania, akapity, strony za pomocą internetowego translatora. Pół biedy, gdyby robili to wyłącznie na potrzeby własne, niestety zdarza się, że te głupoty publikują. Do legendy wśród moich znajomych przeszła historyjka opowiedziana przez jednego z wykładowców praktyki tłumaczenia, który w ramach pracy zaliczeniowej otrzymał tekst przetłumaczony właśnie w translatorze online.

Prawdopodobnie na tym „przejechali” się zarządzający tłumaczeniem strony tzw. Obamacare na hiszpański. Zarzucono im posłużenie się tłumaczeniem zautomatyzowanym na podstawie np. błędnego szyku zdań i niespójności terminologicznej. Tłumaczenie stron internetowych na początku może przerażać ilością pracy, ale można skorzystać z doświadczeń innych.

Francuska wersja Facebooka powstała w mniej niż dwa tygodnie, a tłumaczenia dokonali… użytkownicy. Tzw. crowdsourcing, czyli w tym przypadku zlecenie tłumaczenia grupie ludzi, idealnie nadaje się do tłumaczenia właśnie takich zleceń. Najlepiej oczywiście na początek zlecić wstępne opracowanie materiału jednemu tłumaczowi, który stworzy glosariusz najczęściej występujących terminów, co umożliwi zachowanie jednolitego słownictwa.

Na razie nic więc nie wskazuje na to, że przyszłość tłumaczenia leży w przekładzie maszynowym. Eksperci twierdzą, iż rynek w swoim obecnym kształcie dąży do instytucji tłumacza-specjalisty, tzw. digital native, osoby swobodnie poruszającej się w cyberprzestrzeni i w świecie nowoczesnych technologii, która posiada wiedzę specjalistyczną z danego zakresu i będzie w stanie np. samodzielnie zaimplementować tekst na tłumaczonej stronie. 

o autorze

Karolina Kaszuba


Artykuł pochodzi z serwisu:
Albercik.pl – darmowe artykuły do przedruku na strony www